Jestem
w domu. Na stole widzę karteczkę i małe pudełeczko. Podchodzę do
stolika, biorę pudełko do ręki i czytam liścik: „Kochanie mam
coś dla Ciebie. Otwórz pudełko i przeczytaj co jest napisane na
dnie wieczka ;*”. Zniecierpliwiona otwieram „mam nadzieję, że
to nie będzie pierścionek czy coś w tym rodzaju”, szepczę sobie
w myślach. Otwieram i patrzę na napis na wieczku: „Tylko nie zrób
sobie krzywdy”. Spoglądam do środka. Żyletka... Srebrna żyletka.
Bardzo ostra. W sam raz. Uśmiecham się w duchu i biorę ją do
ręki.
-
Dzięki - śmieję się głośno - na pewno nic sobie nie zrobię.
Idę
w stronę łazienki, otwieram i zamykam drzwi. Stoję przy kranie.
Obracam ją [żyletkę] w ręku, palcami lekko jeżdżąc po
krawędziach.
Puszczam
wodę w kranie, podkładam tam rękę i lekko zanurzam w niej narzędzie. Przeciągam w dół, robię to kolejny raz – obok tej co
zrobiłam wcześniej. Robiąc jeszcze kilka nacięć patrzę na
umywalkę. Widząc rzekę krwi nie wzdrygam się. Robiłam to już
wiele razy.
Patrzę
na zegarek. Jest 15:55. Muszę się zbierać.
Obmywam
rękę, wycieram i szybko zakładam bandaż. Żyletkę wkładam do
tylnej kieszeni spodni.
Zmieniam
bluzkę na czarny top z rękawami ¾. Spodni nie zmieniam. Zakładam
torbę na biodra, wkładam do niej telefon i tabletki.
Wychodzę.
Dojście zajmuje mi 2 minuty. Maciek stoi już na przystanku, na mój widok lekko się uśmiecha ale potem jakoś zasmuca się Patrzy jakby przeze mnie... Podążam za jego wzrokiem, uświadamiam sobie, że wpatruje się w mój bandaż.
- Oh to nic takiego. - Podchodzę i siadam na przystanku.
- Zrobiłaś to... prawda? - Bierze delikatnie moją rękę i gładzi ją.
- To nie boli. - Uśmiecham się.
Patrzy na moją twarz. Wzdycham i oblizuję usta. „Nie założyłam bandanki, śpieszyłam się”, płaczę w duchu.
- Ale będzie. - Patrzy się i muska mój bandaż. - Żeby nie bolało - chichocze cicho, słyszę to.
- Głupek. - Całuję go w policzek a on się lekko rumieni. - Idziemy w miejsce gdzie możemy porozmawiać? - Patrzę mu w oczy.
Wzdycha. Zaczyna iść.
- Tak. Chodź. - Idzie przodem, pozwalam mu na to.
Wiem, że go zawiodłam. Naprawdę nie chciałam.
Idziemy około 10 min chodnikiem.
Siada na trawie. Siadam obok niego, on się odsuwa. Wstaję, siadam mu na kolana.
- Odwal się. - głos mu się załamuje.
- Przepraszam. - Szeptam. - Popatrz mi w oczy proszę.
- Po co? - Unosi wzrok i patrzy na mnie.
- Nie chciałam. Uwierz mi - patrzę dalej.
- Nie chcę żebyś to robiła. - Wtula się we mnie i chyba lecą mu łzy.
- Nie chcę żebyś to robiła. - Wtula się we mnie i chyba lecą mu łzy.
- Nie płacz. - Przytulam go.
- Przepraszam, że pytam ale... - szepcze.
- Przepraszam, że pytam ale... - szepcze.
Unoszę jego głowę i całuję delikatnie. Uśmiecha się.
- Skąd wiedziałaś? - Pyta.
- Nie ważne. Intuicja. - Uśmiecham się. - Ale chyba mieliśmy porozmawiać o tym czemu to robię... am... robiłam. - Poprawiam się szybko.
- Czemu to teraz zrobiłaś? - Pyta zawiedziony.
- Od kogo?! Dla kogo?! - Zaczyna krzyczeć.
- Od mojego byłego tak myślę. I dla mnie – sięgam po żyletkę z kieszeni spodni. Pokazuję mu. - Śliczna. Prawda?
Zabiera mi ją i chowa do kieszeni.
- Nie rób tego więcej! - Krzyczy. - Jak to mógł być prezent?!
Krzyczy... A mi w kącikach oczu pojawiają się krople zimnych łez. Patrzy na mnie a ja odwracam wzrok. Nie chcę żeby zobaczył jak płacze. Nikt nigdy nie zobaczy jak płacze. A szczególnie Maciek.
Przytula mnie do siebie mocno.
- Przepraszam, nie chciałem krzyczeć. - Tuli mnie mocno.
Podnosi się i znów siada na trawie, bierze mnie na kolana. Uśmiecham się delikatnie.
- Słodkie i miłe dziewczyny nie powinny się ciąć przez jakiegoś dupka, który na nie nie zasługuje.
Chyba lekko się rumienię bo czuję wypieki na mojej twarzy. On całuje mnie w policzek.
- To chcesz wiedzieć czemu to robię? - Pytam.
- Jasne. - Odpowiada.
- Nie wiem od czego zacząć – na mojej twarzy pojawia się grymas niezadowolenia.
- Od początku. - Dotyka mojej dłoni.
Biorę ją, siadam na trawie obok niego.
- Nie potrafię - czuję, że załamuje mi się głos. Kaszlę znacząco. - Nikt tego nie rozumie. Pewnie ty też nie zrozumiesz.
Patrzy na mnie. Nic nie mówi.
- Robię to od czternastego roku życia. - Zaczynam. - Czyli od jakichś 3 lat. Zaczęło się to kiedy rodzice nie zwracali na mnie uwagi. Kilka razy trafiłam do szpitala przez omdlenia, traciłam dużo krwi. Leżałam w szpitalu po kilka tygodni. Myślałam, że warto...Interesowali się mną. Dla mnie to było szczęście. - Uśmiecham się do wspomnień. - I...
- Przestań! - Patrzy na mnie. - Nie chcę już tego słuchać. Jesteś idiotką. Powinnaś się leczyć, iść na jakiś odwyk. - Wstaje. - Nie chcę mieć z Tobą nic wspólnego! - Ucieka ode mnie.
Robi mi się smutno. Patrzę jak biegnie. Znów ktoś mnie opuścił...
- Stój! - Biegnę i łapię go za rękę.
- Tak? - Uśmiecha się.
- Oddaj żyletkę. - Otwieram i podsuwam u rękę.
- Nienawidzę cię! - Krzyczy i wciska mi żyletkę w rękę tak, że leci z niej krew. - Rany przepraszam – szklą mu się oczy.
- Nic się nie stało. - Odwiązuję bandaż.
Zawiązuję go na dłoni, a Maciek patrzy na mnie ze zdumieniem. Daje dłoń przed siebie i dotyka palcami moich ran. Przejeżdża opuszkami po nich.
- Emilka ja...
- Nie... Już powiedziałeś. - Całuję go w policzek. - Szanuję twoją decyzję. - Uśmiecham się.
Odchodzę. Zostawiam go samego.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz